Mieszkańcy zaczynają mówić „nie” centrom danych. Boom AI zderza się z cenami prądu i dostępem do wody
Przez lata centrum danych było dla lokalnych władz inwestycją niemal idealną. Wielki koncern kupował ziemię, budował kosztowny obiekt, płacił podatki i zwykle nie generował takiego ruchu samochodowego, zanieczyszczenia powietrza czy liczby ciężarówek jak klasyczna fabryka. Boom na generatywną sztuczną inteligencję całkowicie zmienił jednak skalę infrastruktury. Największe kampusy AI potrzebują dziś setek megawatów, a kolejne projekty zbliżają się do poziomu 1 GW. Tymczasem sieci elektroenergetyczne, transformatory, elektrownie i wodociągi nie powstają tak szybko jak hale wypełniane procesorami GPU. W miejscach, które wcześniej zachęcały operatorów ulgami podatkowymi, mieszkańcy coraz częściej pytają więc, kto zapłaci za nowe linie energetyczne, skąd będzie pochodziła woda do chłodzenia i jakie realne korzyści pozostaną w lokalnej społeczności.
Zmiana nastawienia jest już widoczna w konkretnych liczbach. W Wirginii, będącej największym skupiskiem centrów danych na świecie, w 2023 roku 69 proc. ankietowanych deklarowało, że zaakceptowałoby taki obiekt w swojej okolicy. W badaniu Washington Post i Schar School z marca 2026 roku odsetek spadł do zaledwie 35 proc. W Teksasie poparcie dla nowych lokalnych centrów danych wynosi obecnie około 30 proc., a jeszcze niedawno stan przedstawiał się jako jeden z najbardziej przyjaznych technologii AI. Jednocześnie ponad 40 światowych miast zaczęło wspólnie pracować nad zasadami ograniczającymi presję centrów danych na energię i wodę. Konflikt nie dotyczy więc samego istnienia chmury czy AI. Dotyczy tego, kto ponosi fizyczne koszty infrastruktury potrzebnej do ich działania.
Dlaczego mieszkańcy coraz częściej protestują przeciw budowie centrów danych?
Pierwsze centra danych powstawały często w strefach przemysłowych, z dala od zabudowy mieszkaniowej, a ich zapotrzebowanie na energię było stosunkowo łatwe do wpisania w istniejący system. Dzisiejsze kampusy AI są inną kategorią inwestycji. Mogą zajmować setki hektarów, wymagać nowych stacji elektroenergetycznych, linii wysokiego napięcia, generatorów awaryjnych i infrastruktury wodnej. Dodatkowo potrzebują relatywnie niewielu pracowników po zakończeniu budowy. Lokalna społeczność widzi więc ogromny obiekt, wysokie zużycie zasobów i przebudowę krajobrazu, ale nie zawsze widzi tysiące stałych miejsc pracy, które kojarzyłyby się z fabryką podobnej wielkości. Właśnie ta dysproporcja coraz częściej staje się źródłem konfliktu.
Dobrym przykładem jest amerykańska Wirginia. W Prince William County przez kilka lat trwał spór wokół projektu Digital Gateway obejmującego nawet 37 centrów danych na około 1700 akrach w pobliżu historycznego pola bitwy pod Manassas. Ostatecznie projekt upadł po długiej walce prawnej i mobilizacji lokalnych mieszkańców. W lipcu 2026 roku władze tego samego hrabstwa jednogłośnie odrzuciły kolejną dużą inwestycję. Podobne protesty pojawiają się w Pensylwanii, Nebrasce, Nowym Meksyku i innych stanach. AP opisywała już lokalne koalicje łączące konserwatywnych rolników z organizacjami środowiskowymi. Opozycja przeciw centrom danych przestaje więc pasować do tradycyjnego podziału politycznego.
Ile energii elektrycznej rzeczywiście potrzebują centra danych rozwijane dla AI?
W skali całego świata udział centrów danych w zużyciu energii nadal nie jest dominujący. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje, że w 2024 roku odpowiadały one za około 1,5 proc. globalnego zużycia prądu. Problemem jest tempo wzrostu i koncentracja geograficzna. Do 2030 roku zużycie energii przez centra danych ma według podstawowego scenariusza IEA wzrosnąć z około 415 TWh do około 945 TWh. Najważniejszym motorem tego wzrostu jest właśnie AI. Serwery wyposażone w akceleratory wykorzystywane do trenowania i uruchamiania modeli mają zwiększać zużycie energii znacznie szybciej niż klasyczna infrastruktura internetowa.
W Stanach Zjednoczonych skala jest jeszcze bardziej widoczna. Najnowsza aktualizacja Lawrence Berkeley National Laboratory z czerwca 2026 roku szacuje, że w scenariuszu referencyjnym centra danych mogą w 2030 roku odpowiadać za około 11,8 proc. całego zużycia energii elektrycznej w kraju. Zakres niepewności jest bardzo szeroki - od 9,5 do 15,3 proc. W scenariuszu referencyjnym oznacza to około 649 TWh rocznie, a przy najbardziej wymagających założeniach nawet 843 TWh. Te liczby nie oznaczają, że cały świat zmierza w tym samym kierunku. Pokazują jednak, dlaczego w stanach posiadających największe klastry AI energetyka zaczyna być jednym z podstawowych ograniczeń dalszej ekspansji.
Dlaczego centra danych mogą wpływać na rachunki za prąd zwykłych mieszkańców?
Samo pojawienie się centrum danych nie oznacza automatycznie wzrostu rachunku każdego gospodarstwa domowego. Problem zaczyna się wtedy, gdy nowy duży odbiorca wymaga rozbudowy elektrowni, sieci przesyłowej, podstacji i rezerw mocy, a część kosztów zostaje rozłożona na pozostałych użytkowników systemu. Sieć elektroenergetyczna musi być przygotowana nie tylko na średnie zużycie, ale również na najbardziej wymagające momenty. Jeśli w jednym regionie jednocześnie powstaje kilkadziesiąt ogromnych projektów, operator może być zmuszony do przyspieszenia inwestycji, które w innym przypadku zostałyby rozłożone na wiele lat.
Najbardziej napięta sytuacja występuje obecnie w obszarze operatora PJM, obejmującym między innymi Wirginię. Reuters podał we wrześniu, że wzrost kosztów mocy przypisywany ekspansji centrów danych osiągnął tam około 29,4 mld dolarów. W samej Wirginii rosnący popyt zmusił Dominion Energy do większych zakupów energii na hurtowym rynku PJM. Koszty paliwa spółki wzrosły w ciągu pięciu lat o 88 proc., a bez mechanizmów łagodzących presję podwyżka części rachunków mogłaby sięgnąć około 13 proc. Centra danych nie są jedynym źródłem zmian cen energii, ale w regionach o ich wyjątkowej koncentracji stały się jednym z kluczowych czynników zwiększających popyt i koszty infrastruktury.
Dlaczego Teksas zaczął hamować przyłączanie nowych centrów danych do sieci?
Teksas przez lata robił wiele, aby przyciągać dużych odbiorców energii, ale skala nowych wniosków zaczęła przekraczać możliwości racjonalnego planowania. Reuters poinformował 1 września 2026 roku, że żądania przyłączenia dużych odbiorców w USA przekroczyły 700 GW. To ponad dziesięć razy więcej niż szacowane obecne zużycie wszystkich amerykańskich centrów danych. Część tych projektów nigdy nie powstanie. Deweloperzy mogą bowiem składać wnioski w kilku miejscach jednocześnie, poszukując lokalizacji, która jako pierwsza zapewni im potrzebną moc. Powstaje w ten sposób tak zwany ghost demand - zapotrzebowanie istniejące w dokumentach, ale niekoniecznie w realnych inwestycjach.
Teksas zdecydował się więc wstrzymać część nowych przyłączeń i dokładniej sprawdzać, które projekty są faktycznie finansowane i mają realną szansę powstać. Podobne mechanizmy wprowadzają Ohio i Pensylwania. Nie jest to ruch przeciwko AI jako takiej. Operatorzy próbują uniknąć sytuacji, w której wydadzą miliardy dolarów na linie i podstacje projektowane dla centrów danych pozostających później na etapie wizualizacji. Samo urealnienie listy projektów może znacząco zmniejszyć prognozowane zapotrzebowanie. Niektóre amerykańskie przedsiębiorstwa energetyczne zauważyły duży spadek deklarowanej mocy już po wprowadzeniu obowiązkowych depozytów dla deweloperów.
Czy AI naprawdę zużywa dużo więcej energii niż wcześniejsze usługi internetowe?
Nie każda operacja wykonywana przez model AI jest energetycznie ogromna. IEA zwraca uwagę, że efektywność pojedynczych zadań poprawia się niezwykle szybko, a proste zapytania tekstowe mogą zużywać stosunkowo niewiele energii. Problem polega na tym, że jednocześnie gwałtownie rośnie liczba użytkowników, rozmiar modeli i popularność bardziej wymagających funkcji. Generowanie wideo, rozbudowane rozumowanie czy systemy agentowe wykonujące wiele kolejnych operacji mogą potrzebować setki lub tysiące razy więcej energii niż prosta odpowiedź tekstowa.
W 2025 roku globalne zużycie energii przez centra danych wzrosło według najnowszych danych IEA o około 17 proc., ale w infrastrukturze skoncentrowanej na AI wzrost wyniósł około 50 proc. Do 2030 roku zużycie energii przez centra danych związane z AI może potroić się względem 2025 roku. Dodatkowo gęstość mocy rośnie bezprecedensowo szybko. IEA szacuje, że pojedynczy rack zaawansowanych serwerów w 2027 roku może w szczycie pobierać moc porównywalną z około 65 gospodarstwami domowymi. To właśnie koncentracja ogromnego zużycia na niewielkiej powierzchni stawia nowe wymagania przed transformatorami, chłodzeniem i lokalnymi sieciami.
Dlaczego woda stała się drugim wielkim problemem obok energii elektrycznej?
Procesory stosowane w centrach danych zamieniają znaczną część pobieranej energii w ciepło, które trzeba stale odprowadzać. Jednym z bardzo efektywnych sposobów chłodzenia jest wykorzystanie odparowania wody. Problem polega na tym, że woda odparowana w wieży chłodniczej nie wraca natychmiast do lokalnego systemu wodnego. W chłodnym i zasobnym w wodę regionie taki model może być akceptowalny. W miejscu zmagającym się z suszą, ograniczonymi zasobami podziemnymi lub rosnącą populacją każdy dodatkowy duży odbiorca może jednak wywołać konflikt społeczny.
Nie istnieje jedna prawidłowa liczba określająca zużycie wody przez "centrum danych". Wynik zależy od wielkości, klimatu, rodzaju serwerów i przede wszystkim zastosowanej technologii chłodzenia. Raport UC Berkeley z lutego 2026 roku zwraca uwagę na poważny problem braku przejrzystych danych dotyczących zużycia wody przez obiekty działające w Kalifornii. Dochodzi do tego zużycie pośrednie - woda może być potrzebna również w elektrowniach produkujących prąd dla centrum danych. Dlatego dwa kampusy o podobnej mocy mogą mieć zupełnie inny ślad wodny w zależności od lokalizacji i technologii.
Czy każde centrum danych zużywa miliony litrów wody dziennie?
Nie. Właśnie w tej kwestii debata publiczna często staje się zbyt uproszczona. Obiekty wykorzystujące chłodzenie ewaporacyjne mogą zużywać bardzo duże ilości wody, szczególnie podczas wysokich temperatur. Istnieją jednak również systemy zamknięte, chłodzenie bezpośrednio cieczą oraz konstrukcje wykorzystujące powietrze, które radykalnie zmniejszają bieżące zapotrzebowanie. Wadą niektórych rozwiązań ograniczających zużycie wody może być natomiast większe zużycie energii elektrycznej. Operator nie zawsze może więc jednocześnie minimalizować wszystkie rodzaje wpływu środowiskowego.
Dobrym przykładem różnic jest Project Jupiter Oracle w Nowym Meksyku. Projekt od początku wywoływał obawy dotyczące zasobów wodnych pustynnego regionu, ale firma zmieniła konstrukcję kampusu. Według aktualnego planu cztery budynki mają wykorzystywać zamknięty, nieewaporacyjny system direct-to-chip, wymagający około 2,5 mln galonów wody na budynek do początkowego napełnienia, a następnie maksymalnie około 1000 galonów rocznie na uzupełnienia. Oracle deklaruje również, że do chłodzenia nie będzie wykorzystywana lokalna woda pitna. Są to dane samego operatora, ale pokazują, jak wielka może być różnica pomiędzy konkretnymi technologiami chłodzenia.
Dlaczego mieszkańcy nie zawsze wierzą deklaracjom operatorów o niskim zużyciu wody?
Jednym z problemów jest poufność projektów. Samorządy negocjują z deweloperami ulgi, przyłącza i sprzedaż gruntów, podczas gdy część szczegółów dotyczących planowanej mocy czy zużycia zasobów pozostaje niepubliczna. Mieszkaniec słyszy więc, że w jego okolicy ma powstać infrastruktura warta kilka miliardów dolarów, ale nie zawsze otrzymuje prostą odpowiedź, ile energii obiekt będzie potrzebował w pełnej skali i ile wody będzie pobierał podczas najgorętszego tygodnia roku. Raport Berkeley poświęcony Kalifornii wskazuje właśnie ograniczoną dostępność danych jako jedną z podstawowych przeszkód dla skutecznego regulowania zużycia wody.
Dodatkowo projekty mogą się zmieniać. Project Jupiter w Nowym Meksyku jest tego dobrym przykładem. Oracle w ciągu 2026 roku zmienił pierwotny plan z turbin gazowych i generatorów diesla na system ogniw paliwowych Bloom Energy oraz rozpoczął szeroką kampanię informacyjną skierowaną do mieszkańców. Firma podkreśla, że nowa konfiguracja ogranicza zarówno lokalne emisje, jak i bieżące zużycie wody. Dla operatora jest to dowód, że technologia może odpowiedzieć na lokalne obawy. Dla sceptyków sama konieczność tak dużej zmiany pokazuje natomiast, dlaczego społeczności chcą otrzymywać wiążące dane i zobowiązania zanim inwestycja zostanie zatwierdzona.
Gdzie opór mieszkańców przeciw centrom danych jest obecnie najsilniejszy?
Najbardziej spektakularny zwrot nastąpił w Wirginii. W ciągu trzech lat gotowość mieszkańców do zaakceptowania centrum danych w swojej okolicy spadła według badania Washington Post-Schar School z 69 do 35 proc. Aż 57 proc. respondentów uważa, że centra danych negatywnie wpływają na rachunki za energię, podczas gdy tylko 14 proc. dostrzega pozytywny wpływ. Upadek projektu Digital Gateway i odrzucanie kolejnych inwestycji pokazują, że nastroje przekładają się już na rzeczywiste decyzje administracyjne.
Jeszcze mocniejszy polityczny zwrot obserwujemy w Teksasie. Reuters opisał we wrześniu 2026 roku, jak część republikańskich władz stanu, wcześniej bardzo przyjaznych branży technologicznej, zaczęła domagać się ograniczenia ulg podatkowych i większej kontroli lokalizacji centrów danych. Jednym z powodów są rachunki za prąd, ale mieszkańcy wskazują również hałas, światło, zmianę charakteru terenów wiejskich i stosunkowo małą liczbę stałych miejsc pracy. Podobna mobilizacja pojawia się w Nebrasce, gdzie Cass County wprowadziło roczne moratorium, oraz w Nowym Meksyku wokół ogromnego Project Jupiter.
Czy podobny konflikt o energię i wodę zaczyna się również poza Stanami Zjednoczonymi?
Tak. W czerwcu 2026 roku przedstawiciele około 40 dużych miast, w tym Londynu, Melbourne i Phoenix, rozpoczęli tworzenie Global Urban Data Centres Pact. Jego celem jest opracowanie zasad dotyczących energii, wody, lokalizacji i integracji centrów danych z miejską infrastrukturą. Melbourne przewiduje, że do 2040 roku centra danych mogą odpowiadać nawet za 20 proc. zużycia energii elektrycznej miasta i około 4 proc. wody pitnej. W Phoenix ponad 225 potencjalnych projektów powoduje obawy dotyczące podwojenia lokalnego zapotrzebowania na energię.
Jeszcze ostrzejsza dyskusja rozpoczęła się w Republice Południowej Afryki. Na początku września organizacje społeczne wezwały tam do czasowego zatrzymania ekspansji centrów danych do momentu stworzenia bardziej przejrzystych zasad. Południowa Afryka posiada około 70 proc. afrykańskiej infrastruktury tego typu, ale równocześnie ma za sobą poważne kryzysy związane z niedoborem energii i wody. Do komisji praw człowieka wpłynęło ponad 250 zgłoszeń związanych z obawami o zasoby i brak przejrzystości. Branża odpowiada, że nowe obiekty mogą korzystać z odnawialnych źródeł i technologii ograniczających zużycie wody. Spór coraz częściej dotyczy więc warunków rozwoju, a nie prostego wyboru między budować albo nie budować.
Czy centra danych przynoszą lokalnym społecznościom wystarczająco duże korzyści?
Argument zwolenników jest mocny: centra danych oznaczają miliardowe inwestycje, podatki, prace budowlane, zapotrzebowanie na lokalnych wykonawców i rozwój infrastruktury. W niektórych samorządach stały się niezwykle ważnym źródłem dochodów. Prince William County w Wirginii uzyskało w roku podatkowym 2024 około 294 mln dolarów wpływów związanych z centrami danych. To pieniądze, które mogą finansować szkoły, drogi, służby ratunkowe i inne lokalne usługi.
Krytycy wskazują jednak, że etap budowy i etap funkcjonowania obiektu wyglądają zupełnie inaczej. Gigantyczny kampus może wymagać tysięcy budowlańców, ale po uruchomieniu jest mocno zautomatyzowany i zatrudnia znacznie mniej osób niż fabryka o porównywalnym zapotrzebowaniu na energię. Dlatego coraz więcej mieszkańców pyta nie tylko o łączną wartość inwestycji, ale o bilans: ile pozostanie lokalnie po uwzględnieniu ulg podatkowych, kosztu nowych sieci, utraty gruntów i presji na zasoby. Spór o centra danych coraz rzadziej jest więc dyskusją "technologia kontra środowisko". Staje się negocjacją dotyczącą podziału kosztów i korzyści.
Czy firmy technologiczne mogą po prostu zbudować własne elektrownie dla centrów danych?
Coraz częściej próbują właśnie tego. Największe projekty AI nie chcą czekać kilku lub kilkunastu lat na rozbudowę publicznych sieci. Powstają więc pomysły dotyczące własnych elektrowni gazowych, ogniw paliwowych, farm odnawialnych, magazynów energii, małych reaktorów jądrowych i bezpośrednich umów z elektrowniami atomowymi. Reuters zwraca uwagę, że niektóre nowe kampusy mogą potrzebować ponad 1 GW mocy, czyli poziomu porównywalnego z zapotrzebowaniem setek tysięcy gospodarstw domowych. W USA planowane są dziesiątki projektów próbujących połączyć centrum danych z własnym źródłem energii.
Taki model może zmniejszać presję na rachunki mieszkańców, ale nie eliminuje wszystkich problemów. Własna elektrownia gazowa oznacza emisje i potrzebę przyłączenia do sieci gazowej. Farmy słoneczne i wiatrowe potrzebują ziemi oraz źródeł energii dostępnych wtedy, gdy nie świeci słońce i nie wieje. Reaktory jądrowe wymagają długiego procesu budowy i regulacji. Nawet centrum danych działające poza publiczną siecią nadal potrzebuje infrastruktury drogowej, telekomunikacyjnej i często wodnej. Najbardziej realnym kierunkiem może więc być przenoszenie większej części kosztów infrastruktury bezpośrednio na operatora zamiast rozkładania ich na lokalnych odbiorców.
Dlaczego boom AI może zostać zahamowany nie przez brak GPU, lecz przez brak prądu?
Przemysł półprzewodników może zwiększać produkcję procesorów stosunkowo szybko w porównaniu z energetyką. Centrum danych można zaprojektować i zbudować w dwa lub trzy lata. Nowa duża linia przesyłowa, elektrownia albo system wysokiego napięcia mogą wymagać znacznie więcej czasu. Dochodzą do tego niedobory transformatorów, turbin gazowych, urządzeń do rozdziału energii i wyspecjalizowanej infrastruktury chłodzenia. IEA szacuje, że problemy z siecią mogą opóźnić około 20 proc. planowanych projektów centrów danych.
Właśnie dlatego konkurencja o lokalizacje zaczyna się przesuwać. Firmy szukają regionów posiadających nie tylko tani grunt i światłowód, lecz przede wszystkim dużą nadwyżkę mocy, możliwość szybkiego przyłączenia oraz dostęp do chłodzenia. Dzisiejszy boom obejmuje przez to miejsca, które jeszcze niedawno nie należały do głównych centrów technologicznych. Reuters opisał 7 września rosnące zainteresowanie Patagonią w Argentynie, gdzie inwestorów przyciągają chłodny klimat, energia odnawialna, gaz oraz dostępne tereny. W miarę narastania oporu w tradycyjnych hubach przewagą konkurencyjną regionu może stać się po prostu możliwość postawienia centrum danych bez konfliktu o każdy dodatkowy megawat.
Czy efektywniejsze procesory rozwiążą problem rosnącego zużycia energii przez AI?
Poprawa efektywności jest ogromna i bez niej sytuacja byłaby znacznie trudniejsza. Nowe generacje procesorów wykonują coraz więcej obliczeń przy tej samej ilości energii, a modele mogą być optymalizowane, kwantyzowane i uruchamiane na wyspecjalizowanym sprzęcie. IEA wskazuje, że zużycie energii przypadające na pojedyncze proste zadanie AI spada niezwykle szybko. Problemem jest jednak efekt skali. Jeśli wykonanie operacji staje się dziesięć razy tańsze, ale użytkownicy zaczynają wykonywać jej sto razy więcej, łączne zużycie nadal rośnie.
Dodatkowo AI przesuwa się od prostego tekstu w kierunku wideo, zaawansowanego rozumowania, generowania obrazów, autonomicznych agentów i systemów wykonujących dziesiątki operacji w odpowiedzi na jedno polecenie użytkownika. W takich zastosowaniach korzyści z wydajniejszego sprzętu są częściowo pochłaniane przez bardziej ambitne funkcje. Dlatego scenariusze LBNL na 2030 rok mają tak szeroki zakres od 521 do 843 TWh dla amerykańskich centrów danych. Nikt nie wie jeszcze dokładnie, jak szybko będzie rosło wykorzystanie AI i jak skutecznie sprzęt zdoła kompensować ten wzrost.
Czy mieszkańcy mogą całkowicie zatrzymać rozwój centrów danych?
W niektórych miejscach już to robią. Moratoria, zmiany planów zagospodarowania, procesy sądowe i lokalne głosowania doprowadziły do odrzucenia lub opóźnienia kolejnych projektów. Washington Post podał, że tylko w 2025 roku w Stanach Zjednoczonych zablokowano 48 projektów. W 2026 roku opór stał się jeszcze bardziej polityczny, ponieważ temat trafił do kampanii wyborczych i debat dotyczących rachunków za energię. Firmy technologiczne zaczęły odpowiadać kampaniami informacyjnymi, umowami społecznościowymi i deklaracjami, że same pokryją koszty potrzebnej infrastruktury.
Całkowite zatrzymanie globalnej ekspansji jest jednak mało prawdopodobne. Popyt na chmurę, streaming, usługi internetowe i przede wszystkim AI nadal rośnie. Jeżeli jedna miejscowość odmówi zgody, inwestycja może przenieść się do sąsiedniego hrabstwa, stanu albo kraju. Znacznie bardziej prawdopodobnym skutkiem protestów jest więc zmiana warunków, na jakich centra danych będą budowane. Operatorzy mogą zostać zobowiązani do finansowania nowych źródeł energii, publikowania danych o zużyciu wody, wykorzystywania oczyszczonych ścieków zamiast wody pitnej oraz płacenia specjalnych taryf pokrywających koszty rozbudowy sieci.
Jak powinno wyglądać centrum danych, które lokalna społeczność może zaakceptować?
Pierwszym warunkiem jest przejrzystość. Mieszkańcy powinni znać maksymalne planowane zapotrzebowanie na energię, sposób chłodzenia, źródło wody, generowane emisje, hałas oraz zakres infrastruktury, którą trzeba będzie rozbudować. Drugim warunkiem jest właściwe przypisanie kosztów. Jeżeli nowy kampus wymaga stacji transformatorowej i kilkudziesięciu kilometrów linii, lokalni odbiorcy nie powinni dowiadywać się kilka lat później, że część tych kosztów pojawiła się w ich taryfie. Właśnie taki model coraz częściej proponują regulatorzy: wielcy odbiorcy mają płacić za moc, którą dla nich rezerwuje system.
Trzecim elementem jest dopasowanie technologii do lokalizacji. W pustynnym regionie sensowniejszy może być droższy zamknięty system chłodzenia minimalizujący zużycie wody. W regionie z ograniczoną siecią operator może potrzebować własnej generacji i magazynowania. W mieście trzeba natomiast kontrolować hałas oraz odzyskiwać ciepło odpadowe, jeśli istnieje lokalna sieć ciepłownicza. Global Urban Data Centres Pact tworzony przez kilkadziesiąt miast zmierza właśnie do tego rodzaju podejścia. Nie chodzi o jeden identyczny standard dla Phoenix i Londynu, lecz o zasadę, że infrastruktura AI powinna być projektowana z uwzględnieniem ograniczeń miejsca, w którym rzeczywiście powstaje.
Czy konflikt mieszkańców z centrami danych może stać się największym problemem boomu AI?
Jeszcze niedawno głównym pytaniem branży było to, czy Nvidia i inni producenci dostarczą wystarczająco dużo procesorów. Dziś równie ważne staje się pytanie, gdzie te procesory zostaną podłączone do prądu. Globalne inwestycje w centra danych zbliżają się do skali bilionów dolarów, a McKinsey prognozuje niemal 7 bln dolarów wydatków do 2030 roku. Tymczasem transformatorów, linii przesyłowych, elektrowni oraz lokalnych zasobów wodnych nie można zwiększyć jednym zamówieniem. Rozwój infrastruktury fizycznej okazuje się znacznie wolniejszy niż rozwój oprogramowania i chipów.
Dlatego mieszkańcy stają się kolejnym elementem, którego firmy technologiczne nie mogą już traktować jako formalności na etapie uzyskiwania pozwolenia. Wirginia pokazuje, jak szybko region przez lata dumny z pozycji światowej stolicy centrów danych może zmienić nastawienie, gdy obiekty zaczynają być kojarzone z rachunkami, liniami energetycznymi i zmianą krajobrazu. Woda dodatkowo wzmacnia konflikt w miejscach dotkniętych suszą. Boom AI prawdopodobnie nie zatrzyma się z tego powodu, ale może fundamentalnie zmienić geografię infrastruktury. Zwycięzcami nie muszą być regiony oferujące najniższe podatki. Mogą nimi zostać te, które mają dużo energii, odpowiednie zasoby wodne, sprawną sieć i mieszkańców przekonanych, że cyfrowa rewolucja nie odbywa się ich kosztem.